
22 października 2009. Autor:

Meleks1498
Fotografia podwodna pomimo szybkiego rozwoju i systematycznego obniżania się cen sprzętu nurkowego i fotograficznego pozostaje dziedziną dla nielicznych. Aby powstała piękna kalendarzowa
fotka wymaga to masy sprzętu i ponadprzciętnych umiejętności nurkowych. Jednakże amatorzy przy pomocy prostych obudów pozwalająych zabranie praktycznie każdego aparatu fotograficznego na nieduże głębokości mogą liznąć odrobinę fotografii nurkowej i narobić sobie smaka.
Podręczniki fotografii podwodnej zawsze na początku rozwodzą się nad techniką wykonywania zdjęcia pod wodą w sensie takiego ustawienia się i poruszania się nurka, aby w ogóle było to możliwe. I faktycznie nie jest to wcale łatwa sprawa. Utrzymanie ustabilizowanej pozycji w pewnym sensie ułatwia ogromna ilość sprzętu, którą musi wciągnąć ze sobą do wody nurek-fotograf. Pomimo to utrzymanie odrobiny stabilności wymaga znajomości paru trików.
Fotografia podwodna, to oczywiście nie jest przede wszystkim nurkowanie, to przede wszystkim fotografowanie. A robienie zdjęć to po pierwsze zmysł kompozycji i pomysłowość, a po drugie to sprzęt. W przypadku fotografowania pod wodą sprzęt to podstawa. Dobry aparat cyfrowy pod wodę kosztuje bardzo dużo, a korzysta się z niego przez krótką chwilę, więc najlepiej kupić go na spółkę. Tylko wtedy biada temu co go uszkodzi.
Ostatnimi czasy hitem na rynku są podwodne obudowy do aparatów cyfrowych. Chyba najtrwalsze na rynku to obudowy do aparatów firmy Samsung. Umożliwiają przegłębienie nawet do 100m. Obudowa taka nie pozwala tak naprawdę na obsługę wszystkich funkcji aparatu. Sporą część ustawień trzeba przygotować na powierzchni i generalnie jest to wygodne. Praca w grubych rękawicach z detalami nie jest prosta - w większości trzeba postawić na automatykę.
Kategorie: Hobby, rozrywka |
Comments Off

22 października 2009. Autor:

Meleks1498
W poprzednim roku kiedy wraz ze znajomymi oglądałem ich
fotki z wakacji zamarzyło mi się pojechać po raz kolejny do Hiszpanii. Wygląda na to, że Hiszpania jest krajem, który będzie dla mnie i dla wielu innych wyjeżdżających na wakacje interesujący już na zawsze. Pomijam już sprawy klimatyczno-pogodowe. W Hiszpanii żyje się generalnie na luzie, czego nam w Polsce troszeczkę brakuje. Czuje się to na każdym kroku. Ludzie są uśmiechnięci w naturalny niewymuszony sposób. To bardzo wartościowe.
Osoby z zacięciem lingwistycznym łatwo nauczą się języka hiszpańskiego. Jest to dla Nas język, który ma podobne dźwięki do naszego polskiego języka, w związku z czym mamy łatwość nauczenia się go ze słuchu. Wiele osób, które wracają z wyjazdów na półwysep Iberyjski wraca ze znajomością przynajmniej paru zwrotów. Jednocześnie jest to język, który podobnie jak Wengierski wydaje nam się być bardzo, energetyczny, taki kozacki.
Moja wielka przyjaźń z Hiszpanią zaczęła się kilka lat temu, kiedy planowaliśmy wyjazd, siedząc na Katowickiej wieży spadochronowej. Po trzech miesiącach przygotowani jak na wyprawę nad Bajkał, z namiotami, prowiantem, zaopatrzeni w aparaty ruszyliśmy na południe. Pamiętam, że fotografia była wtedy w powijakach, zdjęcia przez większość osób robione były analogami, więc nie do końca jest co oglądać. Co innego zeszłoroczny wyjazd, który udał nam się znakomicie.
Jedno co najbardziej utkwiło mi w pamięci z wyjazdów do Hiszpanii to Santiago da Compostello. Miasteczko jest właściwie jedną wielką starówką. Mnóstwo jest w nim kościołów, które wyglądają tak jak te kolonialne w Ameryce Południowej. Liczne są małe knajpki w wąskich uliczkach. W wielu miejscach można znaleźć galerie sztuki - bardzo często sztuki nowoczesnej. Generalnie wszechogarniające poczucie błogostanu. Zawsze będę chciał tam wrócić.
Kategorie: Hobby, rozrywka |
Comments Off

22 października 2009. Autor:

Meleks1498
Południowe Włochy to w zeszłym roku było nasze wakacyjne marzenie. Nie spodziewaliśmy się w naszym kraju specjalnie korzystnych warunków pogodowych, więc postanowiliśmy wybrać się gdzieś gdzie będzie cieplej. W związku z tym, że nasz budżet był ograniczony postanowiliśmy pojechać autostopem. Spakowaliśmy sprzęt wspinaczkowy,
aparaty cyfrowe, kamery, mapę i ruszyliśmy w drogę.
Podróż przez większość trasy głównymi drogami typu national przebiegała świetnie. Widocznie wzbudzaliśmy zaufanie kierowców i nie mieliśmy najmniejszych klopotów w złapaniu okazji. Raz podróżowaliśmy nawet na pace ciężarówki, raz po prostu zabrał nas na gapę kierowca autobusu. Zdarzało nam się też podróżować wozem drabiniastym ciągniętym przez traktor. Na szczęście nigdzie nie musieliśmy szczególnie długo czekać.
Niestety ostatni etap podróżowania nie był już tak cudowny. Podróżowanie się po prowincjonalnych bezdrożach okazało się nadzwyczaj bardziej skomplikowane niż jazda autostopem autostradami europy. Cały jeden dzień spędziliśmy na pustynnym pustkowiu, na którym nie było ani jednego drzewka, ani skały. Jak na złość dopadł nas tam deszcz, a żaden z przejeżdżających kierowców nie miał ochoty żeby zabrać ze sobą przemoczoną parę.
Ograniczony czas urlopu niestety nie pozwolił nam na odwiedzenie wszystkich tamtejszych zakamarków. Troszkę chodziliśmy na skalistą plaże, troszkę łaziliśmy się po klifach, trochę próbowaliśmy przysmaków miejscowej kuchni. Niestety w trakcie jednej z wypraw na skałki ktoś był uprzejmy ukraść nam cały plecaczek. Pal licho stos brudnej bielizny, ale niestety przy okazji zginął też aparat Nikon D90 oraz walkmann Olympus. Trochę nam to skwasiło nastój i niestety wymusiło wydatki. Ostatni tydzień niestety cały czas lało, więc do domu powróciliśmy w nastrojach minorowych z poczuciem zmarnowanego czasu.
Kategorie: Hobby, rozrywka |
Comments Off